"KREATYWNI,  OTWARCI, CIEKAWI ŚWIATA"

    SZKOŁA PODSTAWOWA  NR 6  IM. KS. DR. B. SYCHTY

w Kościerzynie

UROCZYSTOŚĆ NADANIA IMIENIA GIMNAZJUM NR 1

16 października 2015 roku w Zespole Szkół Publicznych nr 1 odbyła się uroczystość nadania Gimnazjum nr 1 imienia ks. dr. Bernarda Sychty. Tego dnia  szkoła obchodziła również  30 – lecie istnienia.

CHWILE ZAPISANE W PAMIĘCI

 „Istota wspomnień polega na tym, że nic nie przemija.”

                                                                                                  Elias Canettii


8 lat w szkole podstawowej to długi i ważny okres w życiu młodego człowieka. Ja należałam do szczęśliwej grupy dzieci, które swą edukację rozpoczęły w nowej szkole.

            Na początku wydawała się ona taka wielka i niedostępna. Wyposażona w nowe meble i różne pomoce, była pusta i przerażająca. Setki obcych twarzy na korytarzu działały krępująco na przeciętnego pierwszaka. Po niedługim czasie wszystko się zmieniło. Przyzwyczailiśmy się do tego miejsca i nabraliśmy pewności siebie. Także budynek stał się przyjemniejszy. Na parapetach pojawiły się doniczki z kwiatami. Część sami posadziliśmy na lekcjach, a część przynieśliśmy z domu. Na ścianach zaczęły pojawiać się nasze prace. Nie były to arcydzieła, ale swoimi barwami znacznie przyozdobiły puste ściany.

            Z czasem ten szary budynek przeistoczył się w naszą szkołę, którą sami po trochu urządzaliśmy. Do dziś pamiętam salę 41, w której uczyłam się przez pierwsze trzy lata pod kierunkiem p. Bożeny Osińskiej. Była to klasa, w której robiliśmy wystawki naszych prac, szczególnie dbaliśmy o porządek i podlewaliśmy kwiaty. Tam właśnie przeczytałam swą pierwszą czytankę i napisałam swój pierwszy sprawdzian.

            Potem było przejście do czwartej klasy. Kilka osób odeszło do klasy sportowej, ale reszta pozostała razem. Przydzielono nam nowego wychowawcę - p. Janinę Tessmer - i nowych nauczycieli. Przenieśliśmy się do budynku dla starszych klas. Nie musieliśmy spacerować w kółeczko, ale nie mieliśmy już swojej jedynej klasy. W szkole uczyliśmy się i zaliczaliśmy sprawdziany. Nie było już spacerów do parku, ale były dyskoteki. Najdokładniej pamiętam dni, w których lekcji nie było: wycieczki, prima aprilis, dzień dziecka. Najważniejszym wydarzeniem w życiu szkoły, które dobrze pamiętam, był wybór patrona i nadanie szkole imienia. Osobiście uczestniczyłam w wycieczce ”Śladami Bernarda Sychty” i do dziś pamiętam fakty z jego życia. Tak na nauce i zabawie minęło 8 lat.

            Gdy wszyscy przyzwyczailiśmy się do siebie, poznaliśmy nauczycieli, urządziliśmy sobie życie w tej szkole, trzeba było się rozstać. Mieliśmy wspaniały bal, przygotowaliśmy apel na zakończenie. Pożegnaliśmy się i ze łzami w oczach poszliśmy każdy w swoją stronę.

Marta Stoltmann, rocznik 1993

„Bzyczek”, 20.10.1995 r. (wydanie specjalne)

 


            Trzy pierwsze lata szkoły podstawowej spędziłam w „jedynce”. Pierwszy dzień w nowej szkole zaczął się dla mnie pechowo. Okazało się, że nie umieszczono mojego nazwiska na liście przydzielającej uczniów do poszczególnych klas. Byłam bliska płaczu, bo od dawna marzyłam o tym, by uczyć się w tej wspaniale prezentującej się szkole. Na szczęście moja mama, która na wszelki wypadek wybrała się ze mną na rozpoczęcie roku, wiedziała, co zrobić. Zaprowadziła mnie do szkolnego sekretariatu, gdzie wszystko zostało wyjaśnione. Pani sekretarka, chcąc wynagrodzić mi to przeoczenie, pozwoliła, abym sama wybrała klasę, do której chcę uczęszczać.

            Następnych kilka dni zleciało na dokładnym zwiedzaniu szkoły. Początkowo bałam się, że zabłądzę w tej niezliczonej ilości korytarzy. Największe wrażenie zrobiła na mnie sala gimnastyczna. Była zupełnie nieporównywalna z tą, do której przywykłam w Szkole Podstawowej nr 1.

            Czas upłynął bardzo szybko i wnet trzeba było rozstać się z „szóstką”, ale moich nauczycieli, wspaniałą wychowawczynię i pięć lat spędzonych w tej szkole zawsze będę wspominała bardzo ciepło.

Alicja Gawin, rocznik 1990

„Bzyczek”,20.10.1995 r. (wydanie specjalne)

 


            Rok 1985 był dla mnie - uczennicy III klasy szkoły podstawowej - rokiem przełomowym. Po dwóch latach nauki w SP nr 4 zmieniałam miejsce mojej dalszej edukacji. powodem było zakończenie budowy nowej Szkoły Podstawowej nr 6, która znajdowała się nieopodal mojego domu. Było to oczywiście bardzo wygodne i bezpieczne - tak odbierali to moi rodzice - ale ja byłam innego zdania. Czułam się strasznie zagubiona. Przerażał mnie ogrom gmachu, rozległe korytarze i w ogóle „nieznane”. W przeciwieństwie do dzisiejszego stanu rzeczy, to „nowe” wcale nie wyzwalało we mnie emocji i euforii radości. Nie ciekawiło mnie, jak tam będzie, bo po prostu byłam zbuntowana i zupełnie nie obchodziły mnie żadne racjonalne argumenty.

            Jednak 1 września 1985 roku przekroczyłam próg nowej, pachnącej jeszcze farbą, szkoły. Trafiłam do klasy IIIb, której wychowawczynią była pani Marzenna Basendowska, ówczesna i obecna wicedyrektor. Niewiele pamiętam z tego pierwszego roku, w każdym razie żadnych szczegółów, ale wiem na pewno, że to dzięki serdeczności i troskliwości pani Basendowskiej poczułam się w nowej szkole dobrze i bezpiecznie.

            W klasie IV moją wychowawczynią została polonistka - pani Maria Bruniecka. Cieszyłam się, że trafiłam do tej klasy. Większość kolegów i koleżanek z dawnej IIIb było razem ze mną, a panią Bruniecką również już znałam.

            Szkoła w tym czasie wciąż się rozwijała, zmieniało się także jej otoczenie. Była nie tylko miejscem nauki i pracy, ale także zabawy, spotkań z przyjaciółmi.

            Po latach szczególnie ciepło wspominam wigilie klasowe, zawsze tradycyjne, z kolędami, opłatkiem, przy świecach. W tym miejscu ukłon w stronę pani Brunieckiej, w podziękowaniu za rodzinną atmosferę w klasie, za pielęgnowanie tradycji. Okres bożonarodzeniowy wiąże mi się jeszcze z piękną kolorową choinką witającą wszystkich w holu szkoły.

            W klasie VII nastąpiła zmiana nauczyciela matematyki i miałam okazję poznać bliżej osobę, która do tego czasu była dla mnie jedynie symbolem władzy. Tą osobą była pani dyrektor Maria Słupikowska. Zmiana ta wzbudziła mój niepokój, bo matematyka nigdy nie była moją najmocniejszą stroną, a pani Słupikowska wyglądała na osobę bardzo surową. Na szczęście sprawdziło się przysłowie, że pozory mylą. Nowa pani od matematyki okazała się osobą troskliwą i wyrozumiałą, i osobiście bardzo mi pomogła, nie tylko w uzupełnieniu wiadomości matematycznych, ale również w uzupełnieniu „nikłych zapasów” pewności siebie. Za to pozostanę Jej nieskończenie wdzięczna.

            Dzień zakończenia roku szkolnego 1990/91 był kolejnym przełomem. Miałam wraz z moimi koleżankami i kolegami opuścić gmach znajomej już „szóstki”. Każdego z nas czekały egzaminy wstępne do szkół ponadpodstawowych, do których bardzo dokładnie przygotowali nas na różnorakich zajęciach nauczyciele. Byliśmy im wdzięczni za te 6 lat.

            Trudno jest dziś wyrazić to, co czuje się w tak ważnej chwili. Najlepszym świadectwem naszych związków z tą szkoła będzie może fakt, że wielu z nas, będąc już uczniami szkół średnich, często odwiedzało „starą budę”. Przychodzimy do dziś. Opowiadamy o nowych nauczycielach, profesorach, o wydarzeniach mających dla nas znaczenie w życiu zawodowym czy osobistym. Często również prosimy o radę, oczekujemy obiektywnej oceny naszego postępowania.

            Każdy absolwent, obojętnie jakie trudne przeżył chwile w danej szkole, po latach wspomina ją z rozczuleniem i sentymentem. „Starzy Belfrzy” stają się dla niektórych przyjaciółmi, zanika bariera, która tak często mogła nas dzielić w czasach szkolnych.

            Z podziękowaniem za poświęcenie i przyjaźń.

Monika L., rocznik 1991

„Bzyczek”,20.10.1995 r. (wydanie specjalne)

 


„Chodzę do szóstki” – wypowiedzenie tych słów miało ogromną siłę. Móc powiedzieć, że jest się uczniem najnowszej, największej, najpiękniejszej szkoły w mieście – to uczucie nie do opisania. Swoją edukację w „6” zaczęłam od pierwszej klasy (był to wtedy drugi rok jej istnienia). Moją wychowawczynią w klasach I-III była pani Jolanta Linkner, a w klasach IV-VIII - pani Alicja Kosznik.

Przez krótki okres tańczyłam w zespole „Uśmiech” prowadzonym wtedy przez panią Krystynę Bigus. Pamiętam też gazetkę szkolną „Bzyczek”, parę numerów mam do tej pory w domu.

W mojej karierze uczniowskiej są także wydarzenia, którymi ze względu na wykonywany zawód nie przystoi się chwalić. W roku 1992, tuż przed najważniejszą uroczystością w historii szkoły, czyli przed nadaniem jej imienia ks. dr. Bernarda Sychty, moja klasa „wycięła” niezły numer. Jak wiadomo, Patron urodził się 21 marca, czyli w dzień wagarowicza. Już w przeddzień był zakaz wagarowania. Tymczasem wszyscy uciekliśmy z lekcji. Nieźle nam się dostało od wychowawczyni, w konsekwencji mieliśmy obniżone zachowanie.

Teraz, kiedy jestem nauczycielką w tej szkole i przeszłam na drugą stronę barykady, mogę powiedzieć, że znam ten budynek jak własną kieszeń. Pracuję teraz także z częścią swoich ówczesnych nauczycieli i muszę przyznać, że towarzyszą temu różne uczucia, np. przy panu dyrektorze (moim nauczycielu historii) czuję się, jakbym właśnie odpowiadała przy tablicy.

Odwiedzałam różne szkoły, ale w żadnej nie czułam się tak, jak w poczciwej, już dwudziestoletniej „szóstce”.

                                                           Monika Hinc, nauczycielka matematyki

„Bzyczek”,13.10.2005 r. (wydanie specjalne)

 


Lata szkolne to najwspanialszy okres w życiu każdego człowieka. Każdy z perspektywy czasu dojdzie do tego wniosku.

Dwadzieścia lat temu, kiedy uroczyście otwarto Szkołę Podstawową nr 6, rozpoczęłam naukę w klasie IV. Byliśmy zgranym zespołem, choć pewnie nie najłatwiejszym do opanowania pod względem wychowawczym. Ale nauczyciele mieli na nas swoje sposoby. Byli tacy, którzy mieli charyzmę i potrafili pociągnąć nas za sobą.

Taką osobą, wspaniałym pedagogiem była nasza wychowawczyni i nauczycielka języka polskiego, pani Barbara Rogala. Zawdzięczam jej to, że rozbudziła we mnie miłość do książek. To ona przekonywała nas, swoich wychowanków, jak piękne, wartościowe i przyjemne jest czytanie.

Dzięki niej wielu z nas zrozumiało, a nawet polubiło „Balladynę” J. Słowackiego. Dziś wiem, że część uczniów wprost nie znosi tego utworu. A pani Rogala i nasza klasa przygotowaliśmy tę sztukę do wystawienia i zaprezentowaliśmy ją rodzicom. To było naprawdę niesamowite. Dla większości był to pierwszy występ przed publicznością. Pod czujnym okiem naszej pani przygotowywaliśmy stroje, dekoracje i reżyserowaliśmy ten dramat. Koleżanka i ja byłyśmy reżyserami. Dało to nam wszystkim naprawdę dużo frajdy, ale było też bardzo pouczające. Pomogło lepiej poznać trudny utwór Słowackiego. Musieliśmy przecież wcielić się w role, wejść w psychikę bohaterów i zrozumieć motywy ich postępowania. Chcieliśmy być wiarygodni jako Kirkor, Alina, Balladyna.

Kiedy nadszedł moment zaprezentowania tego, co przygotowaliśmy, rodzicom, byliśmy przejęci i szczęśliwi. Występ był naprawdę udany. Tak mówiła nasza polonistka i rodzice.

Zabawa w teatr dostarczyła nam wielu pozytywnych emocji, odkrywaliśmy wówczas świat sztuki. Zrozumieliśmy, jak trudne zadanie stoi przed prawdziwymi aktorami, reżyserami, scenografami, kostiumologami i wszystkimi, którzy są autorami tego, co widzimy na scenie w teatrze. A wszystko to dzięki pani Rogali. Wszystkim uczniom życzę takiej właśnie przewodniczki po literaturze.

Dziś, będąc nauczycielką języka polskiego, wiem, jakim wielkim wyzwaniem jest nauczanie. Jak wiele serca i trudu trzeba włożyć w to, co się robi. Każdy nauczyciel chciałby zarazić swoich uczniów miłością do nauki, do swojego ukochanego przedmiotu. Pragnieniem każdego pedagoga jest, aby jego wychowankowie zaczerpnęli ze źródła wiedzy jak najwięcej i do tego dąży. a jest to bardzo odpowiedzialne zadanie.

Dzisiaj, gdy stoję z drugiej strony biurka, wiem o tym doskonale. W mojej pracy zawodowej wzorem zawsze będzie wychowawczyni i polonistka pani Barbara Rogala.

Hanna Szymkowiak, nauczycielka j. polskiego

„Bzyczek”,13.10.2005 r. (wydanie specjalne)

 


Do „szóstki” łącznie chodzę już prawie 15 lat, z czego sześć jako uczeń i ponad osiem jako nauczyciel. Warto też może wspomnieć, że jestem pierwszym absolwentem naszej szkoły, który zaczął w niej pracować. Gdy kończyłem ósmą klasę, to nawet nie przypuszczałem, że za kilka lat wrócę tutaj jako nauczyciel.

Dobrze wspominam moich dawnych, a zarazem obecnie uczących nauczycieli, którzy wiele mnie nauczyli, za co jestem im bardzo wdzięczny. Choć zdarzało się, że nie otrzymywałem zawsze ocen moich marzeń, to dziś jestem zadowolony, że ode mnie wymagali. Teraz to samo staram się czynić w stosunku do obecnej młodzieży. Być może wielu uczniów jeszcze nie zdaje sobie sprawy, dlaczego się od nich tyle wymaga i stawia się niekiedy nie najlepsze oceny, ale z perspektywy nauczyciela jest to tylko wyrazem jego „specyficznej życzliwości” wobec ucznia.

Przedmioty, które najbardziej mnie interesowały, to język polski, historia, geografia oraz religia. Jako przedmiot do szkoły weszła dopiero, gdy byłem w ósmej klasie. Katechetką w tamtym czasie była zawsze uśmiechnięta i życzliwa siostra Karola.

Bardzo lubiłem też chodzić na organizowane przez panią Woźniak kółko geograficzne i drugie kółko, którego nazwę pozostawię w tajemnicy. W ramach zajęć wyjeżdżaliśmy na sobotnie wycieczki po Pomorzu. Myślę, że wiele mi z tego zostało, bo lubię do dziś podróżować i zgłębiać geografię nie tylko teoretycznie, ale też  praktycznie jako turysta.

Bycie uczniem i nauczycielem ma zapewne wiele plusów i minusów. Niemniej wydaje mi się, że zdecydowanie przeważają te pierwsze. Zwracając się do młodzieży, mogę powiedzieć, że jeśli wyjdziecie z tej szkoły, a z nostalgią będziecie ją wspominać, to pamiętajcie, że zawsze możecie wybrać odpowiednie studia i zostać... nauczycielem. W ten sposób zapewnicie sobie możliwość chodzenia do szkoły nawet do końca życia, a ponadto będziecie mogli zakosztować uroków wyzwań stojących przed nauczycielem.

Jędrzej Abramowski, nauczyciel religii

„Bzyczek”,13.10.2005 r. (wydanie specjalne)

 


Jako uczennica klasy siódmej i ósmej brałam udział w zajęciach koła polonistycznego o profilu dziennikarskim, prowadzonego przez p. Alicję Kosznik. Naszym głównym zadaniem było redagowanie gazetki szkolnej o nazwie „Bzyczek”.

            Na początku chętnych do pracy przy tworzeniu gazetki było wielu, jeszcze więcej było kandydatów na stanowisko redaktora  naczelnego. jednak, jak to zwykle w życiu bywa, gdy przyszło do pisania pierwszych artykułów , skład grupy nagle się zmniejszył. Ostatecznie „dziennikarzy” pozostało niewielu, ale redakcja była zwarta i pracowita. Dziś pamiętam, że do tej paczki należeli m. in. Tomek, Magda, Bartek, Hania, Wiola i ja.

            Co się tyczy pracy i obowiązków związanych z tworzeniem „Bzyczka”, to polegały one na wykonywaniu wielu ciekawych czynności. Pod opieką naszej pani od języka polskiego przygotowywaliśmy się do pisania notatek prasowych, reportaży z życia szkoły, recenzji, sprawozdań a także przeprowadzania wywiadów. Zbieraliśmy ciekawe i zabawne nowinki. Ponadto braliśmy czynny udział w szkolnym życiu kulturalnym. Nasza redakcja organizowała między innymi pocztę walentynkową, obchody Dnia Kobiet czy dyskoteki szkolne. Do dziś pamiętam, z jakim trudem udało się nam zaprosić DJ-a, który na dyskotece szkolnej grałby muzykę za darmo, albo ogromne maskotki, które dostarczaliśmy zakochanym jako posłańcy „Walentynkowej Poczty Bzyczka”.

            Pracę nad tworzeniem „Bzyczka” uważam za owocną. Dostarczyła mi ona wiele wrażeń. Dzięki pomocy pani Alicji Kosznik nie tylko nauczyliśmy się redagować różne formy wypowiedzi, ale przeżyliśmy mnóstwo niezapomnianych chwil.

                                                 Jarosława Trzebiatowska, nauczycielka j. angielskiego

„Bzyczek”,13.10.2005 r. (wydanie specjalne)

 


Jest rok 1985. Mam 8 lat i właśnie zaczynam edukację w Szkole Podstawowej nr 6. Trafiam do klasy II c, w której funkcję wychowawcy pełni pani Ewa Burandt (obecnie Lewandowska). Ponieważ jestem dość wysoka, siadam w jednej z tylnych ławek obok ciemnowłosej dziewczynki o imieniu Aneta.

            Tak wyglądał mój pierwszy dzień w nowej szkole. Porażała mnie jej wielkość, świeżość, czystość i nowoczesność. Była wtedy najlepiej wyposażoną i największą placówką. w całym mieście. Dzieci z pobliskich osiedli czekały na jej otwarcie, z niecierpliwością zaglądając za okalające plac budowy ogrodzenie. Dlatego też możliwość uczęszczania do Szkoły Podstawowej nr 6 była dla nas zaszczytem i spełnieniem marzeń. Sprawiła, że czuliśmy się kimś wyjątkowym.

            Czas płynie bardzo szybko i ani się obejrzałam, gdy trzeba było opuścić szkołę. Żal było odchodzić z miejsca, w którym nawiązało się tyle wspaniałych pierwszych przyjaźni i miłości, w którym dzięki cudownym nauczycielom zdobywaliśmy podstawy wiedzy z wielu dziedzin, uczyliśmy się współpracować w grupie i rozwiązywać swoje – jakże małe w tamtych czasach – problemy.

            Po wielu latach wróciłam do szkoły. Dziś pracuję tu jako nauczyciel, tzn. stoję po drugiej stronie. O czym myślę, patrząc na swoich uczniów? Zazdroszczę im beztroski, młodości, energii i głów pełnych twórczych pomysłów. Chciałabym, by mieli świadomość, że mogą wiele stracić, jeśli właściwie nie wykorzystają czasu, własnych zdolności i możliwości. Okres szkolny szybko przeminie. Pozostaną przyjaźnie, piękne wspomnienia, czasem nutka goryczy i żal, że nie można się cofnąć do tych wspaniałych, szalonych, dziecięcych lat.

                   Edyta Kobiela, nauczycielka j. angielskiego

„Bzyczek”,13.10.2005 r. (wydanie specjalne)

 


1 września 1985 r. okazał się w mojej karierze ucznia dniem przełomowym. Po trzech latach nauki w Szkole Podstawowej nr 1 miałam kontynuować edukację w nowo wybudowanej Szkole Podstawowej nr 6.

Wcześniej, jeszcze w wakacje, bardzo obawiałam się zmiany mającej nastąpić w moim życiu. Nie chciałam pójść do nowej szkoły. Jako osoba nieśmiała bałam się opuścić „starych” kolegów i dobrze znany gmach jedynki. Obawiałam się przede wszystkim przyjęcia ze strony nowych kolegów.

Gdy po raz pierwszy przekraczałam próg nowej szkoły, przeraził mnie ogrom gmachu, niezliczona ilość sal i korytarzy oraz nieznane twarze. Jednak dość szybko spostrzegłam, że większość uczniów jest tak samo wystraszonych i przejętych jak ja. Każdy z nas przecież zostawił stare szkoły, nauczycieli, kolegów, a życie ucznia zaczynał od nowa.

Trafiłam do klasy IVa, której wychowawczynią została pani Mirosława Cybula – nauczycielka biologii. Niewiele pamiętam z pierwszych dni w nowej szkole, ale jestem przekonana, że to dzięki serdeczności, troskliwości i otwartości p. Cybuli mogłam w nowym miejscu poczuć się dobrze i bezpiecznie. Pani Mirka w stosunku do nas zawsze była miła i opanowana. Niekiedy musiała się wykazywać wręcz anielską cierpliwością. Naszą panią interesowały nie tylko postępy w nauce, czuła się też odpowiedzialna za nasze wychowanie. I rzeczywiście wychowywała nas na każdym kroku. Myślę, że między wychowawcą a klasą zawiązała się jakaś szczególna więź uczuciowa, która wciąż istnieje. Dowodem na to mogą być nasze spotkania, które zorganizowaliśmy już po ukończeniu szkoły.

Bardzo polubiłam naszą „szóstkę”. Polubiłam nauczycieli i kolegów. Polubiłam też samą naukę i nowe przedmioty, które doszły w klasie IV. No może z wyjątkiem fizyki, której nie rozumiałam i bałam się. Ale wszystkie inne lekcje były przyjemnością, zwłaszcza lekcje języka polskiego i matematyki (prowadzone przez p. Marię Cyrę i p. Janinę Tessmer). Bardzo miło wspominam również przerwy, a także dni bez lekcji – biwaki, wycieczki, mój pierwszy w życiu wyjazd do teatru.

Szczególnie w mej pamięci zachowały się wspomnienia z wycieczki do Torunia i Ciechocinka, podczas której w drodze powrotnej zepsuł się autokar. Musieliśmy do późnych godzin nocnych czekać na nowy. Ale nie przejmowaliśmy się nieoczekiwaną zmianą planu wycieczki. Podczas gdy p. Cybula się denerwowała. my w najlepsze urządziliśmy sobie piknik. Wszyscy dzieliliśmy się resztkami jedzenia. Czas oczekiwania upłynął nam na wspólnych rozmowach i żartach. Bardziej zmęczeni spali wsparci o ramię kolegi. Wówczas między nami zapanowała wspaniała rodzinna atmosfera. Wszyscy byliśmy zawiedzeni, gdy podstawiono nowy autokar. Do domu wróciliśmy nad ranem – zmęczeni, ale też szczęśliwi, ponieważ tego dnia lepiej się poznaliśmy i zbliżyliśmy do siebie. Od tej pory uważaliśmy się  za zgraną klasę. Dlatego tak ciężko przyszło nam się pożegnać w VIII klasie.

Rok 1990 był dla mnie przełomowy nie tylko ze względu na zmiany zachodzące w Polsce, ale przede wszystkim dlatego, że musiałam pożegnać swoich kolegów i nauczycieli. Opuszczając szkołę, planowałam w przyszłości skończyć studia pedagogiczne, dlatego zdawałam egzaminy do liceum ogólnokształcącego. Nie przypuszczałam jednak, że rozpocznę pracę w swojej podstawówce i będę mogła spojrzeć na życie i problemy swojej szkoły z drugiej strony biurka.           

Anna Polak, nauczycielka j. polskiego

„Bzyczek”,13.10.2005 r. (wydanie specjalne)

 

Drodzy Absolwenci, czekamy na Wasze wspomnienia z lat szkolnych. Chętnie zamieścimy je na naszej stronie internetowej.

Dodatkowe menu
Z kalendarza
  4 grudnia - Dzień Górnika
6 grudnia - Dzień św. Mikołaja

24
grudnia - Wigilia Bożego Narodzenia
25
grudnia - Boże Narodzenie
31
grudnia - Sylwester